Dodatkowa zielona szkoła – Ustronie Morskie 2007
Gdy byłem w szóstej klasie podstawówki, moja siostra Barbara chodziła do trzeciej. Trafiła na tę samą wychowawczynię, którą miałem wcześniej – mieliśmy z nią dobry kontakt. Oczywiście, przez lata zdarzały się różne sytuacje, ale nie wpłynęło to na relacje. W kwietniu 2007 roku Baśka miała jechać na zieloną szkołę do Ustronia Morskiego. Wyjazd był zaplanowany dokładnie tak jak mój sprzed trzech lat – połowa kwietnia i nocny przejazd nad morze. Niestety tuż przed wyjazdem Basia się rozchorowała. Wszystko było już opłacone, więc trudno było liczyć na zwrot. Dowiedzieliśmy się, że drugim opiekunem będzie moja dawna wychowawczyni. Z nią również miałem dobry kontakt. W domu pojawił się pomysł: pojadę za siostrę. Układ prosty – pieniądze nie przepadają, a ja mam zagwarantowaną podróż nocnym pociągiem i dwa tygodnie wyjazdu. Obie wychowawczynie się zgodziły, a formalności w szkole ograniczyły się do usprawiedliwienia nieobecności. Baśka została w domu, żeby wyzdrowieć.
W dniu wyjazdu przyjechaliśmy na stację Kraków Płaszów około godzinę przed odjazdem pociągu pospiesznego „Ustronie” do Kołobrzegu. Był czas na zajęcie miejsc, ułożenie bagaży i spokojne pożegnanie z rodzicami. Nauczycielki domykały jeszcze sprawy organizacyjne. Jeszcze przed wejściem do wagonu zwróciłem uwagę na lokomotywę – skład prowadziła ET41, czyli „jamnik”. Przy czternastu wagonach miało to sens. W środku składu był wpięty wagon WARS. Wyjazd z Płaszowa odbył się planowo. Przez okna wagonu pomachaliśmy rodzicom. Podróż przebiegała spokojnie. W Gdyni Głównej nastąpiła zmiana lokomotywy – zauważyłem to po chwilowym zaniku ogrzewania w przedziale. Dalej, na odcinku do Kołobrzegu, skład prowadziła prawdopodobnie ET22. Za Trójmiastem zaczęło świtać. Większość się budziła, a ja wyjąłem aparat. Nagrywałem mijane składy – m.in. dwa połączone EN57 podstawione w Słupsku jako pociąg do Gdańska Głównego oraz zieloną EP07 z pociągiem pospiesznym na jednej z mijanek. Do Kołobrzegu dojechaliśmy planowo. Teoretycznie można było wysiąść wcześniej, w Ustroniu Morskim, ale przy kilkunastoosobowej grupie dzieci bezpieczniej było zakończyć podróż na stacji końcowej i dopiero tam spokojnie zorganizować dalszy przejazd.
Po zebraniu bagaży przeszliśmy przed dworzec, gdzie czekał autobus. Zawiózł nas do Sianożętów, sąsiadujących z Ustroniem Morskim. Ośrodek wypoczynkowy „Neptun” znajdował się praktycznie na granicy obu miejscowości. Kilka czteropiętrowych budynków, stołówka, boisko, plac zabaw i parking. W jednym z budynków był sklepik, a obok niewielki salon z automatami – można było zagrać m.in. w Metal Slug. Problem był klasyczny: wydać pieniądze na jedzenie czy na grę. W praktyce funkcjonował system wymiany – ktoś dawał monety na automat w zamian za słodycze, albo pożyczało się drobne, byle uruchomić grę. Dwa tygodnie minęły szybko. Pogoda dopisała – było ciepło i słonecznie, w przeciwieństwie do mojego wcześniejszego wyjazdu, kiedy kwiecień wymuszał zimowe kurtki, szczególnie na plaży. W programie były m.in. zwiedzanie Kołobrzegu z przewodnikiem, wyjazd do „Dzikiego Zachodu” (park rozrywki w klimacie westernu) oraz latarnia morska w Gąskach.
Często jeździliśmy autobusem do Kołobrzegu. Trasa prowadziła przez centrum Ustronia Morskiego, a następnie wzdłuż drogi krajowej biegnącej równolegle do linii kolejowej. Po drodze mijało się miejscowość Bagicz. Z daleka widać było budynek dawnego przystanku i peron. Obiekt wyglądał na zadbany – wyraźny napis z nazwą, typowa dla PRL czcionka. Sprawdziłem później rozkład jazdy – żaden pociąg się tam nie zatrzymywał. W internecie znalazłem informację, że przystanek jest nieczynny od kilkunastu lat – i tak pozostało do dziś. Jedną z ciekawszych atrakcji była wycieczka rowerowa. Z przewodnikiem pojechaliśmy na zachodni kraniec Sianożętów. Pogoda była idealna – słońce, bezchmurne niebo i lekka bryza od morza. Na miejscu – praktycznie pustka. Droga się kończyła, dalej tylko krzaki, mokradła i zatopione fragmenty terenu. Przewodnik wyjaśnił, że znajdowała się tam baza wojskowa ZSRR wraz z lotniskiem. Po wycofaniu wojsk na początku lat 90. teren stopniowo popadał w ruinę. Baza miała również bocznicę kolejową odchodzącą od przystanku w Bagiczu. To tłumaczyło wcześniejsze obserwacje. Podczas kolejnych przejazdów autobusem przyjrzałem się dokładniej okolicy Bagicza. Droga krajowa przebiegała tam mostem nad zapadliskiem – śladem dawnej bocznicy. Skala infrastruktury zaczęła się układać w całość. Przypomniałem sobie też opowieści babci, która kiedyś leciała samolotem do Kołobrzegu – możliwe, że lądowała właśnie w Bagiczu w czasach PRL.
W dniu powrotu spakowaliśmy się i autobusem wróciliśmy na stację w Kołobrzegu. Byliśmy tam ponad godzinę przed odjazdem „Ustronia” do Krakowa Płaszowa. Skład podstawiono około 40–50 minut wcześniej, więc spokojnie zajęliśmy miejsca.
Na sąsiednim torze stała ET22 z pociągiem pospiesznym do Katowic przez Poznań i Wrocław. Moja dawna wychowawczyni zwróciła na niego uwagę:
– O, ten jedzie przez Wrocław i Katowice, może kiedyś by się pojechało inną trasą.
– Jest taki dzienny pociąg – „Krakowianka”. Wyjeżdża z Krakowa rano i wieczorem jest w Kołobrzegu – odpowiedziałem.
– To by było wygodniejsze, bez nocnej jazdy.
– Dokładnie.
Z Kołobrzegu ruszyliśmy planowo. Większość drogi przespałem. Za Warszawą zaczęło świtać, pasażerowie się budzili. Wykorzystałem światło, żeby nagrać kilka ujęć. Na stacji Bartodzieje minęliśmy zielonego ET22-718 z pociągiem pospiesznym Kielce – Warszawa. My czekaliśmy na zwolnienie szlaku – wtedy odcinek Warka – Radom był jeszcze jednotorowy. W Radomiu i Suchedniowie stały składy towarowe – nagrałem krótkie ujęcia przy odjeździe. Do Krakowa dojechaliśmy zgodnie z rozkładem.